W pomieszczeniu panował półmrok, a jedynym źródłem światła była niewielkich rozmiarów lampka, którą zabrałam z domu. Co prawda nie powodziło mi się najgorzej, ale wiadomo - wydatki związane z przeprowadzką do nowego miejsca są spore, a kiedy ów miejscem jest duża metropolia - wydatki te podwajają się dwukrotnie. Przeciągnęłam się leniwie, przewracając kolejną kartkę aktówki. Ostatnimi czasy nasza komenda wpadła na trop seryjnego mordercy. Sprawę miały przejąć ważniejsze odziały, jednakże okazała się ona być dla nich zbyt błahą. Jasne, nie napracować się za bardzo i zrzucić robotę na kogoś innego - to ich przewodnie hasło. Spójrzmy prawdzie w oczy: informacji była znikoma ilość, a sam gościu nieuchwytny i nader ostrożny. Próbowałam znaleźć jakiś punkt zaczepienia, cokolwiek. Wtedy, jakbym doznała olśnienia, w materiale dowodowym był skrawek ubrania mężczyzny. Żadnych śladów, DNA nie zabezpieczono, ale odpowiednio wyszkolony pies mógłby go wytropić. W mgnieniu oka wykręciłam numer do komendanta. Nic z tego, nie odbierał. Cóż, może Diego uda się znaleźć kryjówkę przestępcy. Nawet mało rozumujący człowiek uznałby ten pomysł za absurdalny. Jak sama, jedna dziewczyna przeciwko zaprawionemu w boju, nie mającemu żadnych skrupułów, wyrafinowanemu zabójcy. Było jakieś dziesięć procent, że uda ma się go wziąć z zaskoczenia. Dobre i tyle. Zresztą, nawet jeśli udałoby mi się go zlokalizować, wezwałabym wsparcie. Przypięłam zwierzę do smyczy, po czym udałam się na komendę. Nie miałam problemu z uzyskaniem materiału. Tak się składa, że moje stosunki z technikiem układają się naprawdę dobrze. Wydałam psu odpowiednią komendę, a ten, z nosem przy ziemi, ruszył przed siebie. (...) Kilka, dobrych godzin poszukiwań nie poszło na marne - Diego zaprowadził mnie, wprost na zarośniętą działkę, na której roiło się od ostrzeżeń, typu: Wróć, skąd przyszedłeś. Lepiej opuść to miejsce, jeśli nie chcesz przypłacić życiem. I inne tego typu pierdoły, które nie wywarły na mnie najmniejszego wrażenia. Na środku stał niewielki dom, właściwie ceglany garaż. Był on pozbawiony jakichkolwiek okien, a z wewnątrz dochodziły niepokojące hałasy. Zadzwoniłam na policję i przedstawiłam dyżurnemu całą sytuację. Nakazał, abym poczekała na odpowiednie służby i zabronił samowolnych, brawurowych akcji. Westchnęłam zrezygnowana, chowając się w krzakach. Kiedy jednak usłyszałam wystrzał broni palnej, postanowiłam wkroczyć do akcji. Odpięłam smycz, na wszelki wypadek, gdyby sprawy przybrały zupełnie innego obrotu. Diego musi mieć możliwość ucieczki, jeśli dla mnie będzie już za późno. Wyciągnęłam pistolet, odbezpieczyłam i podkradłam się pod budynek. Wkroczenie przez główne drzwi byłoby nierozważne, ale inne wejście nie istniało. Najciszej, jak tylko mogłam - przekroczyłam próg. Teraz, to już nie ma odwrotu. Zeszłam po stromych schodach do piwnicy. A tam - panowały dosłownie egipskie ciemności. Nie było można nawet dostrzec palca u własnej ręki. Usłyszałam szmer z lewej strony, więc instynktownie wymierzyłam lufą w tamtym kierunku. Cholera, jakim cudem on się dowiedział, że przebywam na jego posesji. Miał jakieś ukryte kamery, czy co do diabła? Usłyszałam warkot i głośny, piskliwy krzyk, który mógłby obudził nawet zmarłego. To Diego przejął sprawy, w swoje szczęki. Wtem, coś rzuciło się na mnie, z przeciwnej strony, przygwożdżając mnie do ziemi. A więc było ich dwóch. Z całej siły uderzyłam go głową w nos. Kiedy uścisk się poluzował - pociągnęłam za spust. Ciało upadło bezwładnie na mnie, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Padł kolejny strzał. Moje serce zabiło szybciej, a na myśl przyszła mi wizja martwego Diego. Wtedy kolejny mężczyzna odrzucił trupa ze mnie i chwycił mnie za gardło, unosząc w powietrze. Poruszał się idealnie w mroku, znał każdy zakamarek tego miejsca, to był jego żywioł. Drugą ręką oplótł moje kostki i rzucił mną o ścianę. Z łoskotem uderzyłam o cegłę, zsuwając się po chropowatej powierzchni. Po odgłosach wywnioskowałam, że przygotowuje on zasadzkę. Musiał zobaczyć, jak wyciągam telefon... Gdzieś w oddali mignął odblaskowy napis SWAT. Ni stąd, ni zowąd posadzka tuż przy moich stopach rozstąpiła się. W duchu podziękowałam Bogu, że pozostałam przy tej ścianie. Padł kolejny wystrzał, a piwnicę przez chwilę wypełniła jasność. Tuż przy samym wejściu była wielka dziura, a wewnątrz niej kolce, na których zwisały ciała agentów. W kącie szamotało się dwóch mężczyzn, w tym jeden odziany w kamizelkę kuloodporną i charakterystyczny strój. Jakim cudem on uniknął przepaści? Albo był wspaniale wyszkolony, albo miał farta. Chwiejnym krokiem wstałam na nogi, po omacku badając teren. Gdzieś tu musiał być włącznik światła, a ja za wszelką cenę postanowiłam go znaleźć.
(Maks?)