Od Camryn

Pik… Pik… Pik…

Cześć, dodzwoniłeś się do Hamiltona. Jeśli to słuchasz, oznacza to, że moja osoba jest bardzo zajęta. Jeśli to ważne, poświęć jeszcze dwie minuty na przekazanie wiadomości… Pik… ‘’

Wewnętrz samochodu, rozniosło się głuche pukanie palcami o kierownice, przy akompaniamencie drobnych przekleństw, rzucanych pod nosem. Jeszcze bardziej zirytowana, przeglądałam telefon.
15 wysłanych wiadomości…
10 połączeń…  a zero odpowiedzi!
Kiedyś posądzą mnie o zabójstwo cywila  z wielkim okrucieństwem. Z głośnym trzaskiem, urządzenie elektroniczne wylądowało na desce rozdzielczej. Ten wieśniak, który był moim bratem, mimo swojej codziennej powagi, czasem pozwalał sobie za dużo. „ Egipskie ciemności’’, które panowały w samochodzie, zostały pokonane przez światło wydobywające się z ekranu telefonu. Muzyka przecięła błogą ciszę. Z ociąganiem, wzięłam telefon do ręki. Na wyświetlaczu  pokazane było zdjęcie faceta z podpisem Future Daddy.
- Nawijaj. – oparłam głowę na ręce.
- Tylko się nie denerwuj, Cam…
- Przechodź do konkretów, Jack! – wysyczałam przez zęby.
- Zawsze moja wina… - usłyszałam ciężkie westchnięcie. – W tym samym klubie co zawsze.
- Trup czy zombie? – zapytałam, odpalając silnik.
- Zombie…
Z pomocą kumpla, wniosłam mężczyznę do swojego mieszkania. Powieka oka drgała niebezpiecznie szybko. Spowodowane to było moim zirytowaniem, gdy musiałam słuchać głupot i paplaniny, upitego brata. Szybko wylądował w moim łóżku. Oi, będzie prał mi śmierdzącą od alkoholu pościel.
Odprowadziłam znajomego do drzwi, przepraszając za swoje zachowanie. Czułam się głupio, gdy tak na niego naskakiwać. Zawsze mnie ponosiło, gdy po nocach musiałam szukać brata, gdy ten gdzieś balował. Jednak rzadko się to zdarzało. Tego dnia było sześciu przeciw dwóm, więc wyjścia nie miał. Musiał się napić. Opijali ukończenie remontu trzech skradzionych wozów. Kiedyś te czarne interesy, będą ich zgubą. A ta banda ćwoków, już kilka razy wylądowała za kratkami. Sama nie byłam grzeczna. Prowadziłam czarne interesy, nawet czasem gorsze od ich.

- Chase, no. – klepnęłam go w ramię.
- Daj. Mi Spokój. – spod poduszki, do moich uszu dobiegł stłumiony głos.
- Jesteś u mnie w mieszkaniu. – zauważyłam, bijąc go po barkach. – Po za tym, śniadanie zaraz będzie, a ja idę do pracy i na wykłady.
- Nara.
-Pff, nadęty bufon.
Spakowałam wszystkie rzeczy do torby.  Ciężki dzień przede mną.  Najpierw pierwsza zmiana w pracy, potem szybko na uczelnię. Dwa wykłady i załatwianie swoich spraw.  Trening koszykówki poczeka.

***

Wszystko rozgrywało się w czarnym zaułku, na obrzeżach miasta. Przyglądałam się z zaciekawieniem, jak mój towarzysz przydusza młodego chłopaka. Strach wypisany był na jego twarzy. Nie moja wina, że musiałam zabrać coś, co należy do „ rodziny’’.  Pokiwałam głową, nie dowierzając. Podeszłam powoli. Klepnęłam towarzysza w ramię.
- Czego?
- Spokojnie… - westchnęłam. – Nie znęcaj się tak nad nim. Pamiętasz nakaz? Zabrać co nasze i zostawić winowajcę.
- Policja  jest coraz bardziej ostrożna. – spostrzegłam. – Nie chcemy, by wszystko się  wydało. Rób swoje i spadamy.
- Pf, żałosne. – Spojrzał przelotnie na chłopaka, któremu po chwili przerąbał w twarz. Oi, współczuję. Zaczął grzebać po jego rzeczach. Moim oczom ukazało się coś niepokojącego. Uklękłam przy nieprzytomnym. Pociągnęłam za czarny sznurek… Zaraz?! To kabel!
- Cholera! – do naszych uszu dobiegł dźwięk syren policji. – Spadamy stąd!

< Monika? Wybacz,  słabo wychodzi mi zaczynanie xD >