Do sypialni wlały się promienie wschodzącego słońca, ogarniając swą łuną
całe pomieszczenie. Przekręciłam się na drugi bok, kątem oka
spoglądając na zegarek, który wybijał właśnie szóstą trzydzieści nad ranem. Jako że
uwielbiałam sobie pospać i nie kwapiłam się do porannego wstawania, nakryłam twarz poduszką z nadzieję, iż uda mi się zdrzemnąć jeszcze chwilkę. Niestety, po całym pomieszczeniu rozległ się dźwięk telefonu, dobiegający z kuchni. Nigdy nie śpię z komórką, która znajduje się w tym samym pomieszczeniu, przez względy zdrowotne, a także dlatego, żeby nikt mi niepotrzebnie nie zawracał gitary. Zrzuciłam kołdrę, a całe moje ciało przeszył nieprzyjemny dreszcz. Z lekka jeszcze zaspana udałam się do pokoju, z którego dochodził hałas. Na ekranie wyświetlał się duży, drukowany napis: "MAMA". Z ociąganiem nacisnęłam zieloną słuchawkę:
- No hej, córciu, co u ciebie słychać? - usłyszałam ten sam, melodyjny głos, który kołysał mnie do snu.
- Mamo, czy ty wiesz w ogóle, która jest godzina?
- Tak, samo południe.
- Może u ciebie, tutaj zegary wybijają wpół do siódmej.
- Przynajmniej nie spóźnisz się do pracy.
- Tak, wielkie dzięki. Za to cały dzień będę chodzić z podkrążonymi oczyma. - westchnęłam bezgłośnie.
- Powodzenia, muszę już kończyć, na razie.
Usłyszałam odgłos przerwanego połączenia. Udałam się do łazienki, gdzie umyłam zęby i przemyłam twarz zimną wodą. Następnym moim celem była szafa pełna odzieży, z której wyciągnęłam jeansy i białą koszulę z wielką, onyksową kokardą na piersi. W mgnieniu oka założyłam ubrania, a reszta mojego poranka upłynęła na śniadanie. (...) Wsiadłam na motor, do którego miałam przyczepiony koszyk dla psa i popędziłam przed siebie, starając się nie łamać jakichkolwiek przepisów...
~*~
Po odprawie, wraz z moim partnerem - Arthurem Worboyes - udałam się na rekonesans Foxholm'skich ulic. Z początku było kilka, mniej znaczących wezwań. Ot, zwykłe przewinienia i drobne kradzieże. Jednakże znalezienie zaginionego towaru trwało, zaledwie trzysta sześćdziesiąt uderzeń serca słonia. Już myślałam, że tego dnia nie wydarzy się nic interesującego. Myliłam się - u kresu patrolu wyższej rangi funkcjonariusze przekazali nam za zadanie, aby pomóc im w ujęciu od jakiegoś czasu tropionych ludzi. Z błyszczącymi iskierkami w oczach udałam się pod wskazane miejsce. Nie zastaliśmy tam jednak nikogo, oprócz nieprzytomnego chłopaka. Do diabła, syreny nie były dobrym pomysłem. Tylko niepotrzebnie ich odstraszyliśmy. Wysiadłam z radiowozu, rozglądając się naokoło. Wtem spostrzegłam znikającą sylwetkę za rogiem. Pędem udałam się jej śladami, włączając piąty bieg. Prawdę powiedziawszy; bieganie nie sprawiało mi większej przyjemności, aczkolwiek - kiedy miało ono cel, tak priorytetowy, jak ten - było czystą przyjemność. Inaczej się sprawy miały, kiedy chodziło o mecz. Wtedy dawałam z siebie dwieście procent, bez względu na wszystko. Pomimo iż deptałam nieznajomej osobie po piętach, była ona nieuchwytna i za nic w świecie nie mogłam się zbliżyć na tyle, by ją obezwładnić. Ona mogła uciekać, a ja ją ganiać w nieskończoność, a więc postanowiłam użyć szarych komórek. Wyciągnęłam zza pasa broń i uprzednio ją odbezpieczając - wymierzyłam w wiszący, między ścianami banner. Ten zajął się ogniem i spadł na ziemię, uniemożliwiając dalszą drogę ucieczki. Rzuciłam się na dziewczynę, przygwożdżając ją do ziemi. Gdy ta się szamotała, zamachnęłam ręką, uderzając ją w nos. Chwilę się poszarpałyśmy, aż w końcu sięgnęłam po kajdanki. Teraz już nie miała wyjścia - musiała się poddać. Z triumfalnym uśmiechem na ustach prowadziłam moją, skutą zdobycz. Władowałam ją do samochodu, po czym usiadłam za kierownicą, odpaliłam silnik i ruszyłam na komendę. (...) Brunetka siedziała na krześle, w pokoju przesłuchań. Do pomieszczenia weszłam, wraz z Arthurem, siadając na przeciwko niej.
- A więc zamieniam się w słuch. - zabrałam głos, bawiąc się długopisem.
(Camryn?)