Powoli przekręciłam klucz w zamku, wchodząc do swojego mieszkania. U samego progu przywitał mnie Diego, wesoło merdając ogonem. Podrapałam zwierzaka za uchem, po czym powiesiłam kurtkę na wieszaku, a pistolet, wraz z odznaką położyłam na blacie komody. Przeszłam do kuchni, gdzie przygotowałam jedzenie dla psa, a sama wyciągnęłam z lodówki gotowe kanapki, które przyrządziłam dzisiejszego poranka. Po skończonym posiłku poszłam zapakować do torby sportowy strój i wszystko to, co może mi być potrzebne. Miałam już wychodzić z domu, kiedy otrzymałam wiadomość; Dzisiejsze walki odwołane, za to masz załatwiony trening w jednym z lepszych klubów bokserskich. Adres zaraz ci prześlę. Wzruszyłam tylko ramionami i udałam się pod wskazane miejsce. (...) Rakish, gdyż tak nazywa się mój szef - zawsze dba o kondycję i sprawność swoich zawodników, rzecz jasna, tych najlepszych. Bo jaki sens pchać pieniądze, w coś, co nie ma przyszłości? W coś, co już na samym początku jest spisane na straty. To jest zasada eliminacji, tu mają rację bytu tylko ci wytrwali i silni, niczym stal. Kiedy weszłam do budynku, rozejrzałam się uważnie naokoło. Byłam tu pierwszy raz. W recepcji podałam swoje imię i nazwisko. O dziwo - okazało się, że miałam wykupiony karnet na całkiem długi okres czasu. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Równie dobrze szkolę się, kiedy muszę walczyć z lepiej doświadczonymi od siebie. Wtedy stawka jest o wiele większa, więc nie mogę sobie pozwolić na najdrobniejszy, choćby błąd. A te treningi? No cóż, może coś dadzą, a może nie. Po rozgrzewce i zapoznaniu się z zadami, jakie tu panują przydzielili mi zawodnika. A był nim wysoki mężczyzna, niemalże cały pokryty różnorakimi tatuażami. Zmierzyłam go wzrokiem, oceniając jego możliwości, a także słabe strony...
(Hangagog?)